Oczyszczanie organizmu

moje zdrowie w moich rękach
Home » Archive by category 'Zdrowe życie'

Owoce w diecie cz. II: fruktoza i inne cukry a zdrowie

September 26th, 2012 Posted in Diety i odżywianie, Zdrowe życie

Cukrem, który tradycyjnie używamy w kuchni jest sacharoza. Cukier ten jest dwucukrem składającym się z fruktozy i glukozy. Fruktoza (cukier zawarty m.in. w owocach) jest z kolei bardzo podobna do glukozy. Mają ten sam wzór chemiczny, ale nieco inną strukturę. Wszystkie cukry są bardzo łatwo trawione, doskonale wchłanialne i jeszcze lepiej, oraz jeszcze sprawniej przetwarzane przez enzymy wątrobowe w tłuszcz, którym obrastamy ponad miarę.
Spożywcza kariera fruktozy (w tym wspomnianego w poprzednim poście syropu glukozowo – fruktozowego) wzięła się stąd, iż cukier ten uważany jest za mniej kaloryczny odpowiednik sacharozy, a to dlatego, iż jest znacznie słodszy od glukozy (2 razy) i sacharozy (1,73 raza).
No i co z tego – można by zapytać. W zasadzie nic. Cukier, a właściwie glukoza, jest jednym z podstawowych źródeł energii. Potrzebujemy go by funkcjonować i przetrwać.

Ile cukru potrzeba?

To że węglowodanów potrzebujemy to fakt, w każdym razie stwierdzenie to trudno zakwestionować. Węglowodany jemy od zawsze. Problem jedynie w tym, że ludzki organizm wyewoluował tak, iż jest w stanie pozyskać glukozę niemal ze wszystkiego. Po co więc dostarczać jej sobie dodatkowo? W czystej postaci? To bezsens i działanie wbrew sobie.
Faktem jest, że zjedzenie czegoś słodkiego odbierane jest przez organizm jako nagroda. Ta nagroda była widocznie potrzebna w czasach, gdy rosnące dziko źródła węglowodanów wydawały się naszym praprzodkom mało atrakcyjne. Mechanizm ten się utrzymał, niestety – współczesny człowiek nazbyt często stosuje system słodkich nagród.

Problemy narastają

Kiedy coś jemy organizm izoluje z pokarmu glukozę i zużywa jej tyle ile mu potrzeba. Gdy dostarczymy jej więcej (również pod postacią cukrów bardziej złożonych, albo w postaci fruktozy), nasze kochane ciała magazynują ją na później. Oczywiście w postaci tłuszczu. Stąd już tylko krok do otyłości i wielu innych chorób określanych mianem cywilizacyjnych.
I tak:
Otyłość bierze się stąd, że nadmiar cukrów prostych rewolucjonizuje nasz metabolizm w sposób z gruntu dla nas niekorzystny. Przemiana materii przestawia się na produkcję tłuszczu. Gdy już się przestawi – schudnąć będzie bardzo trudno, bo tłuszczotwórstwo przybierze rozmiary obsesji. Autorka artykułu, o którym wspominam w poprzednim poście powołuje się na wnioski pewnej pani profesor z UT Southwestern Medical Center, która na podstawie prowadzonych badań stwierdziła, iż zjadając lub wypijając rano dawkę fruktozy (soki!!!) sprawiamy, że nie tylko prawie całe śniadanie zostanie przerobione na tłuszcz, ale stanie się tak również z obiadem. Uff, lepiej nie ryzykować, prawda?
Cukrzyca typu II rozwija się w sytuacji gdy zjadamy zbyt dużo cukrów. Cukry, które zjadamy są rozkładane na glukozę transportowaną później do komórek przez insulinę. Im więcej cukrów w diecie, tym więcej insuliny potrzeba, i tym intensywniej pracuje wytwarzająca insulinę trzustka.

Błędne koło

Zajadanie się cukrem i nadmierne spożycie fruktozy (tudzież wielokrotnie wzmiankowanego nadużywanego przez przemysł spożywczy syropu) skutkuje jeszcze jednym zjawiskiem – powstaniem błędnego koła owocującego (nomen omen) otyłością i niemożnością pozbycia się zbędnych kilogramów.
Dzieje się tak dlatego, że fruktoza powoduje insulinoodporność tj. odporność tkanek na insulinę (mniejszą ich wrażliwość) co skutkuje zwiększeniem produkcji insuliny, powiększeniem poziomu trójglicerydów we krwi, otyłością i oczywiście wspomnianą wyżej cukrzycą typu II.
Cukry proste (w tym fruktoza) powodują też odporność na leptynę – hormon, który jest sygnalizatorem uczucia sytości (lub głodu). Im mniejsza wrażliwość na wysyłane przez ten hormon sygnały, tym większy apetyt, a właściwie obżarstwo.
Wyrwanie się z takiego zaklętego kręgu wymaga ogromnych nakładów pracy i bardzo przemyślanych działań. Lepiej nie ryzykować, prawda? Uważajcie na cukry proste.

Kolejny post będzie o diecie.

Owoce w diecie cz. I

September 25th, 2012 Posted in Diety i odżywianie, Zdrowe życie

Owoce są zdrowe – w takim przekonaniu tkwię od dzieciństwa. Przypuszczam, że kolejne pokolenie wychowane na reklamach, które aktualnie pojawiają się w mediach będzie wychodzić z założenia, że zdrowe są też soki w kartonach i butelkach, bo idealnie zastępują jedną z zalecanych pięciu porcji warzyw i owoców. Ech, bzdury, bzdury. Od dawna już wiadomo, że to cukier tuczy i to cukier jest głównym sprawcą większości naszych problemów ze zdrowiem. Obwinia się za nie również tłuszcze, ale w rzeczywistości to nadmiar węglowodanów jest prawdziwym problemem. Ja osobiście nigdy nie miałam problemów ze słodyczami czy owocami, z owoców najbardziej lubię kapustę i czosnek, a ze słodyczy – śledzie. Owszem zdarza mi się zjeść coś słodkiego, zdarza mi się też jadać owoce, ale na szczęście (jak się za chwilę okaże) nie przesadzam i z nimi. Chociaż, przynajmniej teoretycznie, są zdrowe.

Do napisania tego postu natchnął mnie artykuł z książki dołączonej do ostatniego Focusa. Tekst ten doskonale porządkuje kwestię zabójczych węglowodanów, umiejscawia (prawidłowo!) owoce w diecie i ułatwia ogarnięcie zmian, jakimi (jako ludzkość) podlegamy i jakim, wskutek rozwoju cywilizacji, podlegały owoce i generalnie pokarmy jakie zjadamy.

Rozmiary klęski, czyli zmiany, zmiany, zmiany

Jak wynika z raportu profesor Grażyny Cichosz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, na który powołuje się autorka artykułu z Focusa, współczesny mieszkaniec Polski zjada co najmniej 50 kg cukru rocznie. Niektórzy z nas pochłaniają go w jeszcze większych ilościach (do 70 kg). I co z tego? Ano nic, może tyle, że jeszcze nasi dziadkowie i pradziadkowie zjadali dziesięciokrotnie mniej cukru od nas. I wcale nie wynikało to z biedy!

Wszechobecny cukier

Nie zdziwiłabym się wcale gdyby większość współczesnych wędlin (i im podobnych produktów) uszlachetniano i wzbogacano smakowo cukrem w najczystszej tj. najlepiej przyswajalnej postaci. Informacji takich pewnie nie znajdziemy na etykietach, a jeśli już to najczęściej ukryte pod nazwą “dodatki smakowe”. Nie zdziwiłabym się, bo syrop glukozowo – fruktozowy (najpopularniejszy spożywczy słodzik wykorzystywany jako dodatek do wszystkiego) znajdziemy w sokach, napojach, sosach, dressingach, ketchupach, przecierach warzywnych i owocowych, w pieczywie. Dosłownie we wszystkim, co kupujemy w mniej lub bardziej przetworzonej postaci. Z Focusa dowiedziałam się, że syrop ten wykorzystywany jest przez przemysł spożywczy od ok. 30 lat. To właśnie trzy dekady temu zaatakowała nas plaga otyłości, która i dziś nie odpuszcza, ba! rozprzestrzenia się coraz bardziej.

Owoce dawniej i dziś

A co mają do tego owoce? A przypomnijcie sobie smak dziko rosnącychjabłek, leśnych malin lub innych dziko rosnących i nie tkniętych ludzką ręką (od lat) drzewek i krzewów owocowych. Współcześnie uprawiane odmiany tych roślin są wciąż specjalnie uszlachetniane pod kątem poprawy walorów smakowych, zwiększenie słodyczy. Poprawę tę osiąga się w jeden sposób: zwiększając zawartość fruktozy. Tym sposobem, to co w danym owocu jest zdrowe, bywa wręcz stłamszone przez cukier, który ewidentnie nam szkodzi.
Jednym słowem owoce rosnące na drzewach i krzewach jeszcze przed kilkoma dekadami były znacznie zdrowsze od tych dostępnych współcześnie. Dziś mają diametralnie zmienione proporcje zawartości poszczególnych składników. Proporcje te nie są tak zdrowe (optymalne) jak przywykliśmy sądzić.

Moim zamiarem nie jest namawianie was do rezygnacji z owoców. Chcę jedynie zwrócić uwagę na pewien problem. W kolejnej części opowiem nieco więcej o fruktozie i glukozie, oraz ich wpływie na ludzki organizm. Potem zajmę się słodkościami (w tym owocami) w diecie.

Olej lniany – właściwości cudu natury z polskiego złota

September 14th, 2012 Posted in Diety i odżywianie, Super jedzenie, Zdrowe życie

Polskim złotem nazywano kiedyś len, który z dawien dawna znajdował bardzo wiele zastosowań w życiu codziennym. Z lnu wytwarzane są genialne tkaniny, olej lniany jest niezastąpionym dodatkiem do sałatek, siemię lniane leczy i poprawia urodę, a podawane jałówkom sprawia, że wyrastają na najpiękniejsze w okolicy :-) – tak w każdym razie twierdzi mój sąsiad, ale len lnowi nie równy. Podobnie jest z olejem.

W poprzednim poście pisałam o rewelacyjnych właściwościach oczyszczających pasty budwigowej. Dziś chcę przybliżyć wam sam olej, a w zasadzie wypunktować jego najważniejsze zalety i uwrażliwić was na czynniki decydujące o jego jakości. Pod postem podam źródła i źródełka, w których znajdziecie więcej informacji – uznałam, że nie ma sensu ich powtarzać, skoro już gdzieś ktoś je opracował i są ogólnodostępne w sieci.

Właściwości oleju lnianego

  • W zależności od gatunku olej lniany zawiera różne ilości kwasów omega 3. Najwyższą zawartością tych kwasów charakteryzują się oleje wytwarzane z niemodyfikowanego lnu (polskie odmiany np. Szafir), tłoczone na zimno, nieoczyszczone. Ilość kwasów Omega 3 waha się od kilku do ponad 60%! Różnice są więc ogromne. Najwartościowszy jest olej o dużej zawartości omega.
  • Na wartość oleju wpływa zarówno proces tłoczenia jak i przechowywania. Nienasycone kwasy tłuszczowe omega 3 bardzo szybko się utleniają pod wpływem światła, ciepła, powietrza. Olej powinien być przechowywany w lodówce, w ciemnych butelkach. Jego termin przydatności do spożycia wynosi ok. 2 miesiące od wyprodukowania. Oleje o dłuższych terminach są produkowane z modyfikowanych ziaren lnu lub też sztucznie “uszlachetniane” dodatkami o właściwościach przeciwutleniających.
  • Olej lniany należy spożywać na zimno tj. dodawać go do sałatek, sporządzać z niego sosy (bez gotowania). Zawarte w nim kwasy tłuszczowe są najlepiej przyswajane wtedy, gdy znajdą się w “zawiesinach” i spożyjemy je w obecności białka. Stąd też pasta budwigowa uważana jest za jedzenie najlepiej nasycające organizm kwasami Omega 3.

Kiedy się przyda?

Z uwagi na fakt, iż współczesna dieta jest bardzo uboga w Omega 3 każdy z nas od czasu do czasu powinien zjadać choć trochę tego oleju. Owszem możnastosować suplementy, ale czy nie lepiej po prostu jeść zdrowo? Wbrew temu co twierdzą producenci margaryn, oliw etc. żaden taki sztuczny i byle jak wytworzony produkt nie jest dobrym źródłem kwasów Omega.
Jako, że kwasy Omega 3 wpływają praktycznie na cały organizm trudno opisać pełne spektrum ich działania, w każdym razie zwiększenie ich spożycia wskazane jest:

  • w profilaktyce nowotworowej (i w leczeniu nowotworów jak u dr Budwig),
  • w profilaktyce Alzheimera,
  • w leczeniu depresji,
  • w leczeniu chorób skóry i wielu wielu innych problemów zdrowotnych.

Gdzie kupować?

Szczerze mówiąc nie wiem. Wciąż szukam idealnego źródła :-) . Swoje pierwsze dwa oleje kupiłam w sklepie spożywczym w pobliskim miasteczku. Później zamówiłam olej w jednym ze sklepów internetowych. Zamówienie powtórzyłam. Skoro czuję się i wyglądam lepiej oleje chyba działały, ale i tak mam zamiar szukać dalej. Tym bardziej, że do źródeł z których korzystałam mam pewne zastrzeżenia: w sklepie w ogóle nie zabezpieczono oleju, stał na naświetlonej półce (na szczęście był w ciemnej butelce), sklep internetowy, w którym olej kupowałam wysłał mi go zwykłą przesyłką, bez zabezpieczeń a było gorąco i przesyłka szła jakieś 3 – 4 dni.
Jedno wiem na pewno: dużych zapasów oleju zrobić nie można, bo ten krótki termin przydatności jednak zobowiązuje.

Źródła i źródełka:
Tutaj opisano bardzo dokładnie różnice między lnem dobrej jakości i modyfikowanym, cała strona jest niezłym kompendium wiedzy nt. oleju: <klik>

Tutaj znajdziecie kompendium wiedzy nt. diety dr Budwig, a przy okazji znajdziecie też sporo informacji o oleju: <klik>

Nic mi się nie chce, czyli chandra (depresja) w rozkwicie

August 25th, 2012 Posted in Suplementy, Zdrowe życie

Czy wy też tak macie, że tygodniami nie jesteście w stanie wykrzesać z siebie niczego? Ani odrobiny entuzjazmu, nowych pomysłów, chęci do zrobienia czegokolwiek nowego, czegokolwiek, co wykraczałoby poza codzienną rutynę? Inna sprawa, że i wykonywanie rutynowych czynności przychodzi z pewnym trudem, ba! bywa wręcz bolesne!
Nie chcę nazywać tego depresją, jeszcze nie płaczę w trakcie mycia zębów, bo słowo to jest obecnie nadużywane, to coś co określam mianem permanentnej chandry. Stan ten utrzymuje się od kilku dni do kilku tygodni. Jeśli trwa dłużej niż tydzień trzeba coś z tym zrobić, bo w przeciwnym wypadku – równia pochyła ku depresji (chorobie śmiertelnej, nie zapominajcie!) murowana.

Oczyszczanie organizmu a TE sprawy

Z uwagi na domenę mojego bloga staram się każdorazowo nawiązywać jakoś do oczyszczania organizmu, ale czy akurat chandra lub depresja faktycznie są z nim powiązane? Ja osobiście widzę dwa powiązania:

  • po pierwsze zanieczyszczony organizm jest chorym organizmem, więc trudno spodziewać się po nim również pełnej dyspozycji psychicznej (diabli wiedzą skąd to u mnie skoro się staram!),
  • po drugie w stanie chandry zaprzepaszczamy (przynajmniej ja) wszelkie starania, bo przestając dbać o cokolwiek opychamy się (na pewno ja) różnymi paskudztwami, które teoretycznie mają poprawiać nastrój, w praktyce jednak obniżają go i zaśmiecają układ pokarmowy i całe ciało.

Co z tym fantem zrobić?

Odnosząc się do kwestii pierwszej tj. ewentualnego obniżenia nastroju wskutek zanieczyszczenia organizmu, a raczej po prostu na skutek złego samopoczucia czy złej kondycji jako takiej – tu oczyszczanie czyli mniej lub bardziej zaawansowany detoks jest jak najbardziej przydatny. Zresztą i pseudo naukowcy i naukowcy z prawdziwego zdarzenia twierdzą jednogłośnie, że w zdrowym ciele i duch jest zdrowy należy więc zadbać porządnie o fizis. Polecam w tym przypadku działania łagodne czyli np. szybki i przyjemny (mimo wszystko!) detoks z cytrynami (pisałam o nim tutaj), regularne zjadanie sporych ilości czerwonych buraczków (to super jedzenie, pisałam o nim tutaj), bądź też krótkie diety oczyszczające. Działania długofalowe zostawmy sobie na później tj. na ten moment, gdy już wyjdziemy z największego dołka.

Detox czy tox – na jedno wychodzi gdy człowiek z natury ma skłonności do popadania w chandry i depresje. W mojej rodzinie większość osób tak ma, ja też – odkąd pamiętam. Kończy się to różnie, bardzo często nałogami, przed którymi trzeba strzec się na wszelkie możliwe sposoby. Ja kiedyś, pokładając nadmierne zaufanie w możliwościach psychoterapeutów i psychiatrów uskuteczniałam różne psycho i farmakoterapie, ale ich efekty – o kant. … za przeproszeniem wiecie czego można potłuc, bo wszystko to, o ile człowiek nie zmieni swojego myślenia i postępowania prowadzi do niczego.

Dziś autopsychoterapeutyzuję się, ale robię to z marnym skutkiem do momentu, w którym nie zastosuję wspomagania. Wspomaganie to polega na zwiększeniu produkcji serotoniny. Dwa razy w roku muszę zaordynować sobie taką terapię, bo inaczej nie daję rady. Polega to, w zależności od intensywności fazy chandro-depresyjnej, na jedzeniu sporych ilości czerwonego mięsa (terapia cielęcinowo – wołowa plus duże ilości serów) albo przyjmowaniu 5-htp czyli naturalnego prekursora serotoniny. To drugie już jest i tak sporym trybem ułatwień. Po tygodniu zażywania psyche wraca do normy. Zostało mi dwa dni, a jak widzicie i tak wyszłam już częściowo z dołka, bo udało mi się sklecić ten post. Takich wyjść, jeszcze bardziej spektakularnych i dłuuuugotrwałych, też wam życzę.

PS Jeśli 5-htp to polecam to od Health Spark (>>> tutaj), nigdy się na nim nie zawiodłam, jest wydajne i relatywnie tanie w porównaniu z innymi. No i na pewno jest oryginalne, w sensie, że nie jest podróbką i autentycznie działa (przynajmniej na mnie).

Słońce, kremy i kwasy omega 3

June 14th, 2012 Posted in Diety i odżywianie, Zdrowe życie

Kocham słońce i chociaż wiem, że trudno uwielbiać je i oddawać się mu zupełnie bezkarnie, wydaje mi się, że rozsądnie racjonowane uczucie żywione względem słońca może wyjść li tylko i wyłącznie na zdrowie. W gruncie rzeczy przecież gdyby nie ono nie istnielibyśmy, a na pewno nie w takiej formie jak obecnie.
Dzięki słońcu powstaliśmy, słońce utrzymuje nas przy życiu i to ono daje nam energię życiową. Nie wierzycie? Przypomnijcie sobie jak funkcjonujecie w dni słoneczne, a jak czujecie się wtedy, gdy na zewnątrz jest pochmurno i ciemno. Oczywiście należy w tym przypadku wziąć pod uwagę ciśnienie i inne czynniki, ale to promienie słoneczne odgrywają decydującą rolę jeśli chodzi o nasze samopoczucie, bo to one…. no właśnie….

Co takiego daje nam słońce?

Słońce niejako steruje naszym układem zarządzania procesami. Wpływa na narządy wewnętrzne, na gruczoły (wytwarzanie hormonów) i na centralny układ nerwowy, dzięki promieniom słonecznym:

  • lepiej przyswajamy tlen, sprawniej przebiega nasz metabolizm,
  • serce pracuje wydajniej i sprawniej, przy czym mniej się męczy,
  • wytwarzamy więcej krwinek,
  • mamy bardziej ustabilizowane ciśnienie,
  • jesteśmy bardziej odporni na choroby, bo układ odpornościowy (białe krwinki) jest ściśle uzależniony od dostępu do witaminy D, a ta jak wiadomo powstaje w naszym organizmie pod wpływem słońca,
  • nasze naczynka włosowate w skórze ulegają wzmocnieniu,
  • nasz umysł funkcjonuje sprawniej i wydajniej, zwiększa się zdolność do koncentracji, poprawia pamięć,
  • mamy lepszy nastrój, jesteśmy mniej skłonni do popadania w depresje, chandry i apatie.

Ale słońce ma też pewne wady

O tym zapewne doskonale wiecie, bo media trąbią o nich na okrągło, a obok niepokojących i tak często powtarzanych doniesień trudno przejść obojętnie. Wieść niesie, że przed słońcem trzeba się chronić, przy czym zdania odnośnie najwłaściwszej ochrony są podzielone. I tu właśnie zaczynają się schody, bo jedni twierdzą, że zdrowemu człowiekowi ta odrobina słońca, do której mamy dostęp nie jest w stanie zaszkodzić, inni natomiast uważają, że choćby człowiek był najzdrowszy przed słońcem powinien się zabezpieczać maksymalnie.

O co chodzi z tym zdrowiem?

Twierdzi się (niestety nie pamiętam źródła, ale myślę, że bez większych problemów odnośne publikacje znajdziecie w sieci), że kluczową rolę ma w tym przypadku dieta bogata w kwasy omega 3 (vide: http://produktyomega3.pl/). Tak, tak drodzy Państwo. Nasycenie komórek tymi kwasami jest podstawowym gwarantem ochrony skóry przed uszkodzeniami powstającymi w wyniku promieniowania słonecznego. Sądzi się wręcz, że wzrost zachorowań na raka skóry ma właśnie ścisły związek z niedoborem kwasów omega 3 w naszej diecie. Tezę tę ma potwierdzać fakt, iż nacje zjadające spore ilości tych kwasów, żyjące w pełnym słońcu, wcale nie chorują na czerniaka częściej niż dotąd.

Kremy z filtrami i samoopalacze

Wciąż przekonuje się nas do zwiększenia spożycia kwasów omega 3. To zapewne bardzo dobrze, choć oczywiście suplementacja wcale nie jest w tym przypadku najbardziej pożądanym rozwiązaniem. Lepiej jeść je w stanie naturalnym. Z drugiej strony jeszcze większy nacisk kładzie się na używanie kremów z filtrami. Im większy filtr tym lepiej. Z tymi kremami różnie bywa. Sama je stosuję, ale staram się nie nadużywać, ale ja osobiście zwróciłabym uwagę na jedno: często nasz pęd do słońca (typowego opalania) ma charakter estetyczny. Chcemy by nasza skóra zbrązowiała i z tego względu wystawiamy się niepotrzebnie na nadmierne promieniowanie słoneczne. Ja osobiście polecam inne rozwiązanie. Są nim samoopalacze. Te najnowszej generacji dają bardzo naturalne efekty i nie pozostawiają na skórze charakterystycznego smrodku (nie brudzą też ubrań). Ze statystyk wynika, że osoby używające samoopalaczy nie opalają się tak niefrasobliwie jak inni czy to na słońcu czy to w solarium. Polecam to waszej uwadze.

Śmiechoterapia, czyli śmiech na zdrowie

June 6th, 2012 Posted in Zdrowe życie

Ja doskonale wiem, że to trudne, śmiać się wbrew temu wszystkiemu co nas na co dzień przytłacza, ale śmiech to zdrowie i choć stwierdzenie to brzmi jak banał im starsza (i mądrzejsza) jestem tym bardziej doceniam jego autentyczność. Przyznaję, że bardzo, ale to bardzo często zapominam o tym, że dobre samopoczucie i śmiech są w zasadzie gwarantami zdrowia. Im lepiej się czuję sama ze sobą i swoim życiem tym lepiej funkcjonuję pod względem fizjologicznym. Niestety, często o tym zapominam. Jakieś dwa czy trzy dni temu postanowiłam powiesić na mojej domowej tablicy motywacyjnej uśmiechniętego buziala, który ma mi przypominać właśnie o tym – najważniejszym – zadowolenie to zdrowie. Tak też zrobiłam i od tych dwóch czy trzech dni jestem spionizowana, a właściwie ukierunkowana na pozytywne myślenie. Dzięki temu śmieję się częściej, choćby kosztowało mnie to sporo wysiłku. Na razie działa, a jak będzie później? To się okaże. W każdym razie zachęcam was wszystkich do wypróbowania indywidualnej śmiechoterapii na sobie.
Swoje własne podejście do tej kwestii sprowadziłabym do stwierdzenia: wypłacz co masz wypłakać, sięgnij dna rozpaczy, a potem odpuść sobie i śmiej się wbrew wszystkim i wszystkiemu.
Wierzcie mi, że warto z tym poeksperymentować, bo śmiech i pozytywne myślenie przynoszą niemal same korzyści.

Dlaczego warto śmiać się i uśmiechać?

Przede wszystkim radzę wam wszystkim zapamiętać (zapisać gdzieś, wyeksponować na własnej tablicy motywacyjnej etc.) cytat z Marqueza „nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeżeli jesteś smutny, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może zakochać się w twoim uśmiechu”. To według mnie jedna z najlepszych motywacji. Dlaczego? Dlatego, że nasze samopoczucie jest najczęściej warunkowane przez innych, dostrzegając cień zainteresowania (żeby nie powiedzieć zachwyt i coś na kształt zakochania) ze strony innych ludzi momentalnie czujemy się lepiej. Choćby nic z takiej chwilowej fascynacji (odbicia się od dna) nie wyszło warto się uśmiechać. Naprawdę warto. Ja też postaram się o tym pamiętać.

Co jeszcze?

Śmiech wpływa na zdrowie i jego wpływ potwierdzają badania. Naukowcy twierdzą wręcz, że śmiech i pozytywne nastawienie do życia są czynnikami warunkującymi i zdrowie i długowieczność. Akurat w tym przypadku wierzę im bez zastrzeżeń, bo dostrzegam pozytywny wpływ uśmiechu na siebie, a co dzięki śmiechowi zyskujemy? Oto jego zalety:

  • śmiech aktywizuje niemal wszystkie procesy zachodzące w ludzkim organizmie, szczególnie intensywnie poprawia krążenie i przyspiesza pracę serca,
  • kiedy się śmiejemy obydwie półkule mózgowe pracują lepiej i efektywiej,
  • śmiejąc się znacznie intensywniej wdychamy i wydychamy powietrze, przez co organizm jest znacznie lepiej dotleniony, ba! wskutek śmiechu może nawet dojść do hiperwentylacji,
  • śmiech pobudza niemal wszystkie mięśnie, a na pewno mięśnie tułowia co jest doskonałym masażem dla organów wewnętrznych,
  • śmiejąc się zwiększamy własną odporność (sic!), bo wskutek śmiechu dochodzi do zahamowania procesów wydzielania adrenaliny i kortyzolu – hormonów stresu, przez co układ odpornościowy pracuje efektywniej skupiając się na bieżących problemach,
  • śmiech powoduje wydzielanie się endorfin, przyczynia się więc do poprawy nastroju, ale też działa łagodząco na wszelkie nieprzyjemne zjawiska typu bóle (głowy, zębów) etc.,
  • poprawia metabolizm, przyspiesza trawienie i generalnie jest po prostu zdrowy.

Śmiech przez łzy

Wszystko to brzmi pięknie i łatwo wtedy, gdy jesteśmy zdrowi, nic nam nie dolega i wykazujemy daleko idącą otwartość na świat, ale prawdziwą sztuką jest śmiech przez łzy. Nauczcie się jej wraz ze mną (przyznaję, że z samopoczuciem bywa u mnie bardzo różnie i najczęściej jestem bliżej depresji niż zadowolenia z życia i z siebie). By śmiać się wbrew paskudnym myślom należy:

  • przywoływać miłe wspomnienia (a nieprzyjemne odsuwać głęboko w niepamięć),
  • obserwować beztroskie, śmiejące się dzieci,
  • uśmiechać się wbrew sobie obserwując się w lustrze lub badając reakcje otoczenia na nasz uśmiech.

Ten ostatni sposób szczególnie polecam, zdarzało mi się w moim życiu testować wpływ uśmiechu na obcych i znajomy, zauważyłam że im częściej się uśmiecham do innych tym częściej dostaję uśmiech w zamian. To doskonała wymiana, którą polecam, bo to naprawdę działa. Wystarczy o tym pamiętać. Pamiętać za wszelką cenę. Wierzcie mi, że to działa.

Naturalne antydepresanty

Czasem się po prostu nie da. Sztucznie przywołany uśmiech, podobnie jak zwykłe codzienne czynności, może sprawiać ból. To znak, że dopadła nas mega-chandra lub mega-depresja. Co robić? W takiej sytuacji pozostaje jedynie udanie się do psychoterapeuty lub lekarza, a osobom, które nie uznają takich terapii polecam 5htp. Szczerze – na mnie działa, choć psychoterapii nie unikam. Wiem jednak, że na zakłócenia w biochemii tak czy inaczej konieczny będzie antydepresant. Zamiast setaloftu i im podobnych stosuję 5htp. Działa rewelacyjnie. Dawkę trzeba, niestety, dobierać indywidualnie.

źródła:
doświadczenia własne
http://nasen.info.pl/2010/12/15/5-htp-naturalny-antydepresant-nie-tylko-na-dobry-sen/

inspiracja:
http://modanazdrowie.pl

Oczyść swój organizm – rozpraw się z zaparciami

Czyż nie jest tak, że wypróżniając się odczuwamy ogromną ulgę? Nie ma się czego wstydzić i czemu zaprzeczać, to całkiem naturalne. Brak wypróżnienia oznacza ociężałość, ból brzucha, wzdęcia i wewnętrzne zatrucia. Regularne wypróżnienia są podstawą dobrego samopoczucia – to oczywiste, a skoro nie wypróżniamy się regularnie … może stąd biorą się wszystkie nasze “fochy” i “muchy w nosie”?
Ze statystyk wynika, że na zaparcia cierpi aż 50% kobiet i około 25% mężczyzn. Osoby te narażone są na wszystkie wymienione wyżej niedogodności, choć zagrożenia wynikające z zaparć są znacznie groźniejsze niż ociężałość czy poczucie “brzusznego” dyskomfortu. Zaparcia to najlepszy sposób na zatrucie organizmu od wewnątrz (resztki i kał zalegające w jelicie ulegają rozkładowi i przenikają do komórek i tkanek innych niż jelita) i jeden z najbardziej niezawodnych sposobów na nabawienie się hemoroidów. Czy ktoś chce mieć hemoroidy? Nie sądzę.

Zaparcia – definicja

Definicja zaparć nie jest niestety zbyt ścisła. O zaparciach mówi się wtedy, gdy do wypróżnień dochodzi rzadziej niż trzy razy w tygodniu. Zdrowe organizmy żyją swoim rytmem i równie dobrze normą może być wypróżnianie trzy razy dziennie jak i oddawanie stolca raz na dzień, czy co drugi dzień. Rzadsze wypróżnienia są już powodem do zmartwień. Szczególnie wtedy gdy stolec jest wydalany z trudem, jest twardy, a po jego oddaniu pojawia się uczucie niepełnego wypróżnienia. Ream more »

Detoks dla palacza

Jeśli palisz papierosy, zagadnienie oczyszczania organizmu jest dla ciebie szczególnie istotne. Każdego dnia zatruwasz go toksynami, które negatywnie wpływają na jego funkcjonowanie. Jak oczyścić organizm ze szkodliwych substancji?

Najprostsza odpowiedź brzmi: rzuć palenie. Jasne, ale to nie takie proste. Tym razem nie będziemy więc moralizować. Dowiedz się, jak paląc zapewnić sobie maksimum bezpieczeństwa.

Dotleniaj się

Palenie papierosów sprawia, że twój organizm jest niedotleniony. Co to oznacza? Między innymi gorszą pracę mózgu, problemy płucami i układem oddychania. Palacze szczególnie potrzebują więc częstych spacerów. Ruch na świeżym powietrzu jest bezcenny! Uwaga: jeśli mieszkasz w mieście, jak najczęściej staraj się w weekendy spędzać czas poza jego granicami. Wycieczka do lasu to zastrzyk tlenu!

Ruszaj się!

Ruch to zdrowie – szczególnie dla palacza. Aktywność fizyczna pomaga dodatkowo dotlenić organizm, ułatwia także inną formę wyzbywania się toksyn, jaką jest pocenie. Poza tym regularna aktywność fizyczna o umiarkowanym natężeniu pomoże ci wzmocnić układ krążenia i układ oddechowy – oba są u palaczy szczególnie narażone na choroby.

Idź do sauny

Sauna pomaga oczyszczać organizm z toksyn, wzmacnia odporność, usprawnia pracę układu krążenia, świetnie działa na serce. Czy ma wady? Tak – nie jest przeznaczona dla każdego. Zanim pierwszy raz udasz się do sauny, skonsultuj się z lekarzem. Pamiętaj też, żeby do sauny przyzwyczajać się powoli, by organizm nie doznał szoku.

Pij zieloną herbatę

Zielona herbata to bogate źródło przeciwutleniaczy. Dlaczego ich potrzebujesz? U osób uzależnionych od nikotyny w organizmie występuje bardzo wiele wolnych rodników. Nie tylko przyspieszają one starzenie się organizmu, ale mogą także sprzyjać rozwojowi nowotworów. Potrzebujesz więc przeciwutleniaczy, ktore zwalczają wolne rodniki. Także biała i czerwona herbata są bogate w antyoksydanty. Włącz je na stałe do swojej diety, eksperymentuj ze smakami.

Pamiętaj o witaminach

Nadmiar toksyn w organizmie sprawia, że twoje zapotrzebowanie na witaminy i minerały jest zwiększone. Dlatego u nałogowych palaczy tak ważna jest dieta i regularne jedzenie warzyw oraz owoców. W szczególnych przypadkach wspomagaj się też dobrej jakości preparatami witaminowymi.

Sauna dla zdrowia i oczyszczania organizmu

W ojczyźnie sauny – Finlandii, na pięć milionów mieszkańców przypadają 2 miliony kabin sauny. W Polsce ciągle jeszcze uważana jest za luksus – niesłusznie! Pobyt w tym gorącym miejscu to znakomity sposób na poprawienie odporności i oczyszczenie organizmu.

Co to jest, jak to działa?

Niewielkie pomieszczenie ogrzewane specjalnym piecem, wyłożone drewnem, z izolowanymi ścianami i szczelnymi, ale bezpiecznymi drzwiami to właśnie sauna. Klasyczna, fińska odmiana jest miejscem suchym i wyjątkowo gorącym – temperatura osiąga od 60 do nawet 120 stopni Celsjusza! Wytrzymać takie gorąco pomaga właśnie niewielka wilgotność powietrza – od 5 do 20 procent. Odmienne warunki panują w saunie rzymskiej – temperatura 40-50 stopni i kłęby pary (wilgotność przekracza 80%). Ostatnie lata przyniosły również wynalazek sauny infrared, gdzie energia cieplna generowana jest nie przez piec, lecz lampy podczerwieni. Promienie docierają do głębszych partii skóry, najgrzewają mięśnie i stawy, pomagając im się zregenerować.

Wskazania i przeciwwskazania

Sauna jest znakomitym miejscem dla osób, które chcą pokonać stres, bowiem panujące w niej warunki sprzyjają wydzielaniu endorfin – hormonów szczęścia. Powodując wzmożone pocenie, pomaga uwalniać toksyny z organizmu. Wzmaga krążenie krwi i pomaga pokonywać złogi cellulitowe (chociaż sama w sobie nie powoduje spalania tłuszczu). Saunę zaleca się osobom cierpiącym na bóle reumatyczne, choroby dróg oddechowych czy pragnących zahartować organizm – nie bez przyczyny wskazane jest przerywanie seansów zimnym natryskiem. Z sauny nie powinny natomiast korzystać osoby uskarżające się na zaburzenia krążenia i choroby serca, przebywające choroby zakaźne czy infekcje skóry. Oczywiście do przeciwwskazań zalicza się także lęki utrudniające korzystanie z sauny. Wszelkie wątpliwości najlepiej omówić z lekarzem rodzinnym.

Pierwsza wizyta w saunie

Możliwość korzystania z sauny oferuje każdy dobry ośrodek odnowy biologicznej, wiele centrów fitness a nawet niektóre baseny pływackie. Jedno wejście powinno trwać ok. 20 minut. Temperatura w saunie rośnie wraz z wysokością ławki – dlatego ustawia się je schodkowo. Należy więc stopniowo zwiększać temperaturę zmieniając miejsce. Kwadrans po wyjściu z sauny należy uzupełnić ubytek wody – najlepiej pić wodę mineralną niegazowaną o temperaturze pokojowej. Jeśli pokochasz saunę i zechcesz mieć kabinę w swoim domu – możesz z łatwością znaleźć wszystkie niezbędne informacje w magazynach budowlanych. Budowa własnej sauny to wydatek, który zwróci się jej wielbicielom. Ci, którzy lubią skorzystać z niej tylko od czasu do czasu lub nie mają odpowiednich warunków lokalowych – bez problemu znajdą ogólnodostępną saunę niedaleko domu.